Tegoroczne wakacje Halinki były w Goteborgu. Krótkie, ale za to w hotelu klasy biznesowej, czyli w eleganckim.
Pierwszego dnia wydawało nam się, że podoga nie dopisała. Niebo było szarobure i co chwilę padał deszcz. Ale pomimo tego udało nam się wyjść na spacer i zobaczyć trochę miasta. Skupiliśmy się na ogrodach i głównej ulicy. Na więcej pierwszego dnia i tak nie wystarczyło nam czasu.
Drugiego dnia rano zbudził nas deszcz bębniący w okna. Nie była to co prawda zapowiedź udanej wycieczki, ale postanowiliśmy się nie poddawać i pomimo takiej pogody pojechaliśmy nad morze. Niebo to groziło nam, to się do nas uśmiechało, ale w sumie wróciliśmy susi, a więc udało się. Ja już byłem na archipelagu, ale dla Hali już sam rejs promem był rozrywką.
Na archipelagu u ujścia rzeki Gota kiedyś mieszkali rolnicy i rybacy, a teraz jest tu podmiejska dzielnica Goteborga. To taki sposób by mieszkać blisko miasta, ale na uboczu. Komunikacja publiczna to promy, które pływają co pół godziny oraz własne łodzie. To całkiem jak autobus do naszej Brzezinki, więc odbieraliśmy to jakoś tak swojsko. Samochodów na wyspach nie ma, dróg zresztą też.
Nas zwykle bardziej pociągają atrakcje przyrodnicze, wię pomaszerowaliśmy ku odludziu.
A po drodze Halinka rywalizowała ze znakami nawigacyjnymi i dawała sygnały marynarzom, jak mają płynąć.
Marsz na około wyspy zajął nam prawie cały dzień. Na popołudnie pozostał nam powrót promem do Goteborga, wzdłuż niekoniecznie skromnych domków letniskowych i małych wysepek.
Sobotna wycieczka na archipelag południowy została zaliczona. Na szczęście moje obawy, że w przemysłowym mieście nie będę miał co pokazywać Hali okazały się bezpodstawne.
Skoro i tak już muszę tyle jeździć, to się trochę porozglądam. Gdyby nie fotografia, nie zauważyłbym wielu atrakcyjnych rzeczy.
czwartek, 25 sierpnia 2016
niedziela, 7 sierpnia 2016
Black Country Living Museum
W niedzielę wybrałem się na wycieczkę do skansenu Black Country Living Museum. W końcu to tu narodziła się rewolucja przemysłowa, więc nie chciałem tego miejsca przegapić. Najbardziej zależało mi na zobaczeniu czynnej repliki maszyny parowej Newcomena. Pierwsza maszyna wypompowująca wodę z kopalni była milowym krokiem w rozwoju górnictwa i w roku 1800-tnym pracowało ich już 1454. I faktycznie, w tą niedzielę też pracowała.
Z jednej strony to podniecające patrzeć się na pracującą prababkę wszystkich silników, ale z drugiej strony ... jeszcze dziwniejsze było patrzeć jak rodziny z dziećmi z zaciekawieniem podziwiali wypełniony pyłem i czadem domek, kocioł na węgiel i maszynę parową. Ja - inżynier, to co innego, ale żeby dzieci tak wędzić?.
Co prawda cieszyłem się z tego, że zobaczyłem tą maszynę "pod parą" ale później uświadomiłem sobie, że tak naprawdę najciekawsi są tam ludzie, którzy ją obsługują. Cały skansen działa w oparciu o pracę wolontariuszy, którzy będąc już na emeryturach, spędzają czas bawiąc się w rekonstrukcję przemysłu z przed 150 lub 200 lat.
W wyznaczone weekendy, wszystkie maszyny są uruchamiane, do skansenu wraca dawne życie, i można zobaczyć jak się tu żyło i pracowała w dziewiętnastym wieku. Maszyna wyciągowa z nad szybu kopalni,
starą kuźnię, w której co godzinę kowal odkuwał na młocie sprężynowym kilka ogniw łańcucha,
Ulicę miasteczka z dawnymi sklepami i zabawami,
To, że dawniej dzieci mogły bawić się bez komputerów, Lego i smartfonów było równie egzotyczne jak widok pierwszej maszyny parowej. Dodatkowo atrakcję stanowiło parę zabytkowych pojazdów jeżdżących po skansenie.
Naprawdę można tu odnaleźć atmosferę dawnych lat. Jeśli uda mi się tu jeszcze kiedyś przjechać, chciałbym więcej uwagi poświęcić pracującym tu wolontariuszom. Niestety bariera językowa nie ułatwia mi tego.
Z jednej strony to podniecające patrzeć się na pracującą prababkę wszystkich silników, ale z drugiej strony ... jeszcze dziwniejsze było patrzeć jak rodziny z dziećmi z zaciekawieniem podziwiali wypełniony pyłem i czadem domek, kocioł na węgiel i maszynę parową. Ja - inżynier, to co innego, ale żeby dzieci tak wędzić?.
Co prawda cieszyłem się z tego, że zobaczyłem tą maszynę "pod parą" ale później uświadomiłem sobie, że tak naprawdę najciekawsi są tam ludzie, którzy ją obsługują. Cały skansen działa w oparciu o pracę wolontariuszy, którzy będąc już na emeryturach, spędzają czas bawiąc się w rekonstrukcję przemysłu z przed 150 lub 200 lat.
W wyznaczone weekendy, wszystkie maszyny są uruchamiane, do skansenu wraca dawne życie, i można zobaczyć jak się tu żyło i pracowała w dziewiętnastym wieku. Maszyna wyciągowa z nad szybu kopalni,
starą kuźnię, w której co godzinę kowal odkuwał na młocie sprężynowym kilka ogniw łańcucha,
Ulicę miasteczka z dawnymi sklepami i zabawami,
To, że dawniej dzieci mogły bawić się bez komputerów, Lego i smartfonów było równie egzotyczne jak widok pierwszej maszyny parowej. Dodatkowo atrakcję stanowiło parę zabytkowych pojazdów jeżdżących po skansenie.
Naprawdę można tu odnaleźć atmosferę dawnych lat. Jeśli uda mi się tu jeszcze kiedyś przjechać, chciałbym więcej uwagi poświęcić pracującym tu wolontariuszom. Niestety bariera językowa nie ułatwia mi tego.
niedziela, 26 czerwca 2016
First you love it, Then you hate it, Then you come together
W niedzielę była jeszcze gorsza pogoda niż w sobotę i w dodatku padało, więc wybraliśmy się do muzeum sztuki nowoczesnej w Boras. Ani JJ ani ja nie rozmawialiśmy nigdy wcześniej o sztuce, ale skoro pada, to dzień w muzeum wydawał się nam całkiem rozsądnym pomysłem.
Chodziliśmy od jednego dzieła do następnego i cieszyliśmy się, że nam nie kapie na głowy. Oględnie mówiąc, prezentowana sztuka była bardzo nowoczesna, surowa w formie i powściągliwa w treści, ale skoro wystawiali ją w muzeum, to należało ją oglądać. Ku mojemu zaskoczeniu Salil zaczął wybrzydzać na jej niezrozumiałość akurat przed tym zdjęciem.
To praca duetu artystek Sisters of Jam (Moa i Mikaela Krestesen) pod tytułem "First you love it Then you hate it Then you come together". Początkowo zamierzałem prztłumaczyć ten tytuł, no bo skoro cały tekst jest po polsku ... ale szybko jednak uzmysłowiłem sobie, że nie jestem w stanie tego zrobić.
Salil twierdził, że to taki sobie obrazek i że zupełnie nierozumie dlaczego on wisi w muzeum. Wtedy ja mu opowiedziałem co ja widzę na tym zdjęciu: Nad brzegiem stawu siedzą dwie kobiety, najprawdopodobniej matka i córka, i zapewnie niespiesznie rozmawiają. Słońce jest już nisko, więc jest już po południowym skwarze, ale jeszcze pogodnie i świetliście. Dla starszej pani, częściowo unieruchomionej już na wózku, czas spędzony z córką jest zapewnie bardzo miłym urozmaiceniem. JJ dorzucił jeszcze, że kolry jesieni dodają tej scenie ciepła i dyskretnie podkreślają upływ czasu.
Nie wiem czy przekonaliśmy Salila do głębi tego zdjęcia, ale uświadomiłem sobie, że miło jest mieć tak wrażliwego emocjonalnie szefa.
Później uświadomiłem sobie, że to tylko moja interpretacja. Wcale nie wiem czy te dwie postacie to matka i córka. W końcu to zdjęcie powstało podczas pobytu artystek na Kate Millett Farm, utopijnej kolonii feministek, które wierzyły w to, że świat bez mężczyzn jest lepszy i pozwala na pełniejszy rozwój kobiecej duszy. Może to zdjęcie wcale nie przedstawia pogodzonych po latach matki i córki, tylko feministyczny sztab knujący hasła typu "Liga rządzi, Liga radzi, Liga nigdy cie nie zdradzi!"?
Chodziliśmy od jednego dzieła do następnego i cieszyliśmy się, że nam nie kapie na głowy. Oględnie mówiąc, prezentowana sztuka była bardzo nowoczesna, surowa w formie i powściągliwa w treści, ale skoro wystawiali ją w muzeum, to należało ją oglądać. Ku mojemu zaskoczeniu Salil zaczął wybrzydzać na jej niezrozumiałość akurat przed tym zdjęciem.
To praca duetu artystek Sisters of Jam (Moa i Mikaela Krestesen) pod tytułem "First you love it Then you hate it Then you come together". Początkowo zamierzałem prztłumaczyć ten tytuł, no bo skoro cały tekst jest po polsku ... ale szybko jednak uzmysłowiłem sobie, że nie jestem w stanie tego zrobić.
Nie wiem czy przekonaliśmy Salila do głębi tego zdjęcia, ale uświadomiłem sobie, że miło jest mieć tak wrażliwego emocjonalnie szefa.
Później uświadomiłem sobie, że to tylko moja interpretacja. Wcale nie wiem czy te dwie postacie to matka i córka. W końcu to zdjęcie powstało podczas pobytu artystek na Kate Millett Farm, utopijnej kolonii feministek, które wierzyły w to, że świat bez mężczyzn jest lepszy i pozwala na pełniejszy rozwój kobiecej duszy. Może to zdjęcie wcale nie przedstawia pogodzonych po latach matki i córki, tylko feministyczny sztab knujący hasła typu "Liga rządzi, Liga radzi, Liga nigdy cie nie zdradzi!"?
wtorek, 21 czerwca 2016
Wycieczka do Marstrand
W Szwecji nie każdy weekend jest słoneczny, tak jak na Rivierze. Czasem wypada mi spacerować w mżawce lub nawet w deszczu. Ale to i tak lepiej niż siedzieć przez dwa dni w hotelu. Postanowiliśmy zatem sobotę spędzić na wyspie Marstrand.
Jej atrakcją jest twierdza Carlstens, ale okazała się ona równie ponurym miejscem jak sobotnia pogoda.
Wydaje się, że jej główną zaletą jest jej położenie. Skoro jest na wyspie, to w koło muszą być mariny. Szwedzi w tym względzie nie odpuszczą.
Pomimo mocno takiej sobie pogody, w koło odbywały się chyba trzy różne regaty.
A samo miasteczko jest urokliwe, więc czułem się trochę jak w miejscowości letniskowej.
Jej atrakcją jest twierdza Carlstens, ale okazała się ona równie ponurym miejscem jak sobotnia pogoda.
Wydaje się, że jej główną zaletą jest jej położenie. Skoro jest na wyspie, to w koło muszą być mariny. Szwedzi w tym względzie nie odpuszczą.
Pomimo mocno takiej sobie pogody, w koło odbywały się chyba trzy różne regaty.
A samo miasteczko jest urokliwe, więc czułem się trochę jak w miejscowości letniskowej.
O dziwo mimo mżawki nie zdążyłem przemoknąć. A może tylko niepozwoliłem sobie tego zauważyć. Jeszcze tylko jakaś przekąska w porcie i truchcikiem do samochodu.
sobota, 18 czerwca 2016
Życie na archipelagu
Tuż za miedzą Goteborga jest mnóstwo
wysp i wysepek, które oddzielają miasto i rzekę od otwartego morza. Wysepki te
najpierw były zamieszkane z powodu braku ziemi uprawnej, a obecnie są
zamieszkane z wyboru. Po obejrzeniu regat, wsiedliśmy z JJ na prom i popłynęli
aby obejrzeć te najbliższe i najwieksze.
Krótki rejs promem,
którybył dla mnie przygodą, dla wyspiarzy był jak dojazd tramwajem do domu. Na
dziobie promu pozostawiali rowery, wózki dziecinne, wózki z zakupami, a sami
szli w głąb statku, do sali z ławkami dla podróżnych. Na wyspach mieszka około
3000 ludzi, ale sporo z nich zna się przynajmniej z widzenia, więc atmosfera na
promie była trochę rodzinna.
O podejściu wyspiarzy
do życia wiele mówi to zdarzenie: Szliśmy z JJ dróżką przez las i
najwyraźniej zgubiliśmy się. Na szczęście z naprzeciwka szła jakaś pani w
średnim wieku, z doma nastoletnimi dziewczynami. Odwarzyłem się ją zaczepić i
spytać o drogę do przystani promowej, z której chcieliśmy się przedostać na
następną wyspę. Pani potrwierdziła, że idziemy w złym kierunku i zaproponowała
byśmy wracali razem z nimi. W pewnej chwili, na skrzyżowaniu ścieżek, odprawiła
obie dziewczyny w stronę plaży, na którą szły, a nam zapowiedziała, że
odprowadzi nas jeszcze kawałek dalej, żebyśmy po drodze znowu nie
zabłądzili.
Widać uznała, że
jeśli dwóch facetów zabłądziło na tak małej wyspie, to muszą być szczególnie
nieporadni. Ale z drugiej strony ... czy w mieście często wam się zdarza, że
jakaś babka wychodzi z incjatywa przeprowadzenia obcych facetów przez las, żeby
się nie zgubili?
Gdy spytałem się jej,
o uciążliwości życia na wyspie i codziennych dojazdów promem, odpowiedziała mi:
"To kwestia
wyboru stylu życia. Tu wszystko dzieje się wolniej. Jak wracam z pracy i
wsiadam na prom, to już czuję się jak w domu. Kiedy moja córka była nastolatką,
to nienawidziła wyspy. Koleżanki miała w mieście i czasem nie miała już jak
wrócić do domu z dłuższej imprezy, ale teraz, gdy skończyła już szkołę, wróciła
na wyspę z przyjemnością."
Tutaj rzeczywiście
żyje się wolniej. Może również dlatego, że na wyspach nie ma samochodów.
Jedynymi środkami komunijacji są buty, rowery, motorowery cieżarowe i meleksy.
No i co kawałek jest rezerwat
przyrody, ostoja dzikiego ptactwa lub przynajmniej kamieniste i malownicze pastwiska.
Dla turysty to bezwzględnie piękne miejsce, ale jak tu się żyje w czasie
szwedzkiej zimy?
No tak, ja przecież jestem z miasta.
niedziela, 5 czerwca 2016
Regaty seniorów
I ten weekend wypadło mi spędzić w Goteborgu. Zaczynam się zastanawiać, czy nie powinienem zlikwidować mieszkania w Birmingham. Nie bywam tam i chyba następny rok też spędzę głównie w Szwecji. Najwyższa pora kupić sobie rozmówki szwedzkie i zacząć uczyć się tego języka.
Tym razem wybrałem się z kolegą do Saltholmen, tzn. nadmorskiej dzielnicy Goteborga. Chciałem pokazać mu port jachtowy i dzięki temu trafiliśmy na regaty seniorów. Senoirami byli zarówno żeglarze jak i ich łodzie.
Załogi były co najmniej w moim wieku a ich drewnianne łodzie pochodziły z okresu ich wczesnej młodości. Taka przyjaźń od dziecinnych lat. Było to dla mnie naprawdę ujmujące. Jeden z organizatorów powiedział nam, że tylko jedna z tych łodzi jest nowo zbudowana.
Regaty odbywały się w ujściu rzeki, prawie już na morzu, ale obszar ten jest skutecznie osłoniety od otwartego morza przez archipelag wysp. Tak więc wiatr był umiarkowany a fali praktycznie nie było. Warunki prawie jak na jeziorze. Może byliśmy z kolegą trochę wścibscy, ale nikt nas z klubowego pomostu nie wypraszał, więc oglądaliśmy imprezę razem z sędziami.
Przed opuszczeniem kuli sygnałowej całe towarzystwo manewrowało przed linią startu,
... aż kula opadła i łodzie ruszyły.
Stopniowo grupa zaczęła się rozciągać,
a po minięciu boi przeszła z fordewindu do baksztagu,
Gdześ tam daleko widać było żeglarstwo uprawiane z większym rozmachem, ale my obserwowaliśmy głównie tych, z którymi mogliśmy się jakoś utożsamiać.
Prawdę mówiąc trochę zazdrościłem tym ludziom. Nie ich łodzi, które są super chyba tylko dla nich, ale tego poczucia przynależności do klubu, posiadania dużej ilości wolnego czasu niezbędnego do dłubania przy 30-sto letnich drewniannych kadłubach i tej frajdy z żeglowania.
My zaś napatrzyliśmy się do syta i ruszyliśmy w dalszą drogę na prom. Dzisiaj mamy popłynąć na wyspy i pozwiedzać archipelag.
Przed opuszczeniem kuli sygnałowej całe towarzystwo manewrowało przed linią startu,
... aż kula opadła i łodzie ruszyły.
Stopniowo grupa zaczęła się rozciągać,
a po minięciu boi przeszła z fordewindu do baksztagu,
Gdześ tam daleko widać było żeglarstwo uprawiane z większym rozmachem, ale my obserwowaliśmy głównie tych, z którymi mogliśmy się jakoś utożsamiać.
Prawdę mówiąc trochę zazdrościłem tym ludziom. Nie ich łodzi, które są super chyba tylko dla nich, ale tego poczucia przynależności do klubu, posiadania dużej ilości wolnego czasu niezbędnego do dłubania przy 30-sto letnich drewniannych kadłubach i tej frajdy z żeglowania.
My zaś napatrzyliśmy się do syta i ruszyliśmy w dalszą drogę na prom. Dzisiaj mamy popłynąć na wyspy i pozwiedzać archipelag.
Subskrybuj:
Posty (Atom)























































