Nastał listopad i już nie mogę planować swoich weekendów jako wycieczki rowerowe. Tutaj jest cieplej niż w Polsce, ale zdecydowanie bardziej mokro. Czuję że w weekend muszę gdzieś wyjść z domu, ale zajęcia raczej muszę sobie zaplanować pod dachem. Dlatego postanowiłem pojechać do muzeum w Londynie.
Zawsze gdy jestem w pobliżu, wstępuję na Victoria Station. To chyba echo traumy z dzieciństwa, gdy nieskutecznie uczyłem się angielskiego z podręcznika Candlina. Tam Mr Brown codziennie przyjeżdżał do Londynu, właśnie na Victoria Station. Mi została pokusa odszukiwania wiktoriańskiej dumy tej stacji.
Z Victoria Station do celu mojej wycieczki są dwie stacje metra, ale postanowiłem przejść ten odcinek na piechotę. Parę godzin spędzanych dziennie w autobusach wyczerpało moją cierpliwość do środków komunikacji publicznej, więc pomimo mżawki ruszyłem oglądać zwykłe ulice Londynu. Mżawka przeszła wkrótce w regularny deszcz, więc wszedłem do pierwszego napotkanego po drodze muzeum, gdzie mogłem trochę się podsuszyć i ukulturalnić. Tymbardziej, że wstęp do Muzeum Viktorii i Alberta jest bezpłatny.
Jeśli ktoś interesuje się zabytkami, może tu spokojnie spędzić parę godzin. Są działy dotyczące starożytności, średniowiecza i wspołczesności. Gwałtownie bogacąca się Anglia epoki wiktoriańskiej ściągała co się dało z całego świata, żeby tylko zapełnić liczne, nowo budowane pałace.
Rzeźba Dawida najbardziej podoba się paniom, ale symbole potęgi Imperium Rzymskiego też mają swojich oglądających.
W dziale współczesnej kultury jest wystawa poświęcona historii brytyjskiego teatru, od czasów Shakespeare do współczesności. Tu pewnie Halinka dopatrzyła by się inspiracji na kolejną zabawę przebierańców.
Już wysuszony i ukulturalniony dotarłem wreszcie do celu, czyli Muzeum Historii Naturalnej. Od progu nie miałem złudzenia, że będę uczestniczył w pochodzie pierwszomajowym. Zwarty tłum rodziców z dziećmi pomalutku, to znaczy rodzice pomalutku, przepływał z sali do sali. Cicho nie było. Na dzieciach największe wrażenie robiły porozstawiane tu i ówdzie dinozaury.
W sali poświęconej ptakom spotkałem dwie młode artystki rysujące papugi umieszczone w gablocie naprzeciwko.
Sama budowla muzeum ma charakter nieco zamkowy, ale jest oświetlona w tak szalony sposób, że efekty wizualne są zapewnione "prosto z puszki", bez żadnych dodatkowych zabiegów.
W końcu trzeba było wracać na dworzec. Moja trasa prowadziła koło domu towarowego Harods, który już od początku listopada przygotowuje się do świątecznych żniw w handlu. W ogródku zorganizowanym przy sklepie były elfy, kukiełki, akrobaci i żonglerzy oraz żywe renifery.
Jako iż nie miałem ze soba żadnego dziecka, pozostało mi tylko rzucić okiem i ruszyć w dalszy marsz na dworzec.
To była intensywna sobota, ale podobało mi się bardzo. Chciałbym tylko jeszcze umówić się z kimś na następną.
Skoro i tak już muszę tyle jeździć, to się trochę porozglądam. Gdyby nie fotografia, nie zauważyłbym wielu atrakcyjnych rzeczy.
niedziela, 8 listopada 2015
sobota, 17 października 2015
Wizyta w bibliotece
W ten weekend umówiłem się na oglądanie biblioteki miejskiej. Birmingham jest dumne ze swojej biblioteki. To nie tylko miejsce wypożyczania książek, ale również czytelnie, miejsce spotkań towarzyskich, miejsce szkoleń i nauki oraz spotkań biznesowych.
Na kosztach budowy najwyraźniej nie oszczędzano. Architektura miała robić wrażenie, no i robi.
Na szczycie budynku są tarasy widokowe, które mimo braku słońca pozwoliły nam zobaczyć i sfotografować miasto z wysoka.
A w środku? Miłośnicy nowoczesności znajdują tam ekrany pozwalające na przeglądanie zasobów biblioteki jak w filmie "Raport Mniejszości";
... a zwolennicy wystroju klasycznego są usatysfakcjonowani salą poświęconą Williamowi Shakespeairowi;
Niby to tylko biblioteka, nie pożyczaliśmy żadnych książek, a prawie pięć godzin nam tu zeszło. Pomimo tego, że Birmingham nie może umywać się swoimi atrakcjami do Londynu, jest tu co nieco do oglądania.
Na szczycie budynku są tarasy widokowe, które mimo braku słońca pozwoliły nam zobaczyć i sfotografować miasto z wysoka.
A w środku? Miłośnicy nowoczesności znajdują tam ekrany pozwalające na przeglądanie zasobów biblioteki jak w filmie "Raport Mniejszości";
... a zwolennicy wystroju klasycznego są usatysfakcjonowani salą poświęconą Williamowi Shakespeairowi;
Niby to tylko biblioteka, nie pożyczaliśmy żadnych książek, a prawie pięć godzin nam tu zeszło. Pomimo tego, że Birmingham nie może umywać się swoimi atrakcjami do Londynu, jest tu co nieco do oglądania.
niedziela, 11 października 2015
Podsumowanie sezonu rowerowego
Parafrazując reklamę tygodnika z przed lat powiedziałbym, że jeżdżenie na rowerze to rozrywka zdrowa i tania. I tak też jest w moim przypadku. Podejmując pracę w Anglii najbardziej bałem się samotnych weekendów. Na szczęście kupno roweru dało mi i kondycje i zajęcie na wolne dni. Planowane 100 km w ciągu jednego dnia musi najwyraźniej poczekać do następnego sezonu. Ten zakończy się najwyraźniej na dziennym dystansie 62 - 72 km.
Dzisiejsza niedziela była słoneczna, więc postanowiłem zrobić pętlę, odwiedzając kilka miejscowości po koleji, tych do których wcześniej robiłem sobie treningi w lecie. Cała pętla miała tylko 62 km, ale w sumie dobrze, bo ... ale o tym na końcu.
Pierwszy był park w Sutton Coldfield. Spotkałem tam zawody biegowe, spacerowiczów z psami i modelarzy. Tu chyba co tydzień biegają. A Leszkowi by się tu podobało...
"The difference between men and boys is in price of their toys".
Miło było popatrzeć, ale zegar Endomondo tykał, moja średnia prędkość spadała, więc cóż, trzeba było dalej w drogę. Kolejnym punktem na mojej dzisiejszej trasie były pozostałości rzymskiego miasta w Wall.
Niewiele z niego zostało, ale w końcu to było dawno temu. Archeolodzy zidentyfikowali w tych ruinach łaźnię, salę ćwiczeń i zajazd. Miasteczko nazywało się Letocetum i leżało na trasie z Londynu do West Midlands.
Potem kolejne parę mil i już byłem w Lichfield. A samo Lichfield, zawsze miłe i pełne ludzi. Byłem tu już któryś raz z rzędu, ale jakoś mi się jeszcze nie przejadło.
Z Lichfield ruszyłem do Tamworth, a później dalej do Fazeley. Na skrzyżowaniu kanałów Coventry i Birmingham przećwiczyłem sobie małą panoramę. Wyszło 8 tysięcy pikseli w poziomie, a z tego już można coś wydrukować.
No i w końcu droga powrotna "na Erdington", jak mówi znajoma ekspedientka z polskiego sklepu.
Teraz jechałem już wzdłóż kanału. Ciszej niż po szosie, no i po płaskim, co po 50 km było nie bez znaczenia. Miałem już dość tych wszędobylskich pagórków. Swojsko, cicho i malowniczo.
Piękna sprawa, spokojne spacerowe tempo, i nagle pana! Dętka w przednim kole odmówiła mi dalszej współpracy, ... i ostatnie 8 - 10 kilometrów to był prawdziwy spacer. Dobrze że doszedłem do domu jeszcze przed zmrokiem.
Dzisiejsza niedziela była słoneczna, więc postanowiłem zrobić pętlę, odwiedzając kilka miejscowości po koleji, tych do których wcześniej robiłem sobie treningi w lecie. Cała pętla miała tylko 62 km, ale w sumie dobrze, bo ... ale o tym na końcu.
Pierwszy był park w Sutton Coldfield. Spotkałem tam zawody biegowe, spacerowiczów z psami i modelarzy. Tu chyba co tydzień biegają. A Leszkowi by się tu podobało...
"The difference between men and boys is in price of their toys".
Niewiele z niego zostało, ale w końcu to było dawno temu. Archeolodzy zidentyfikowali w tych ruinach łaźnię, salę ćwiczeń i zajazd. Miasteczko nazywało się Letocetum i leżało na trasie z Londynu do West Midlands.
Potem kolejne parę mil i już byłem w Lichfield. A samo Lichfield, zawsze miłe i pełne ludzi. Byłem tu już któryś raz z rzędu, ale jakoś mi się jeszcze nie przejadło.
Z Lichfield ruszyłem do Tamworth, a później dalej do Fazeley. Na skrzyżowaniu kanałów Coventry i Birmingham przećwiczyłem sobie małą panoramę. Wyszło 8 tysięcy pikseli w poziomie, a z tego już można coś wydrukować.
No i w końcu droga powrotna "na Erdington", jak mówi znajoma ekspedientka z polskiego sklepu.
Teraz jechałem już wzdłóż kanału. Ciszej niż po szosie, no i po płaskim, co po 50 km było nie bez znaczenia. Miałem już dość tych wszędobylskich pagórków. Swojsko, cicho i malowniczo.
Piękna sprawa, spokojne spacerowe tempo, i nagle pana! Dętka w przednim kole odmówiła mi dalszej współpracy, ... i ostatnie 8 - 10 kilometrów to był prawdziwy spacer. Dobrze że doszedłem do domu jeszcze przed zmrokiem.
sobota, 3 października 2015
Kingsbury Water Park
Kolejny weekend i ponowna wycieczka rowerowa wzdłóż kanału. Tym razem wybrałem się na spacer do parku przyrodniczego Kingsbury Water Park. W dolinie rzeki Tame była kiedyś żwirownia, która została porzucona i zalana wodą. Teraz ptaki mają tu swój rezerwat a tuż obok ludzie mają park.
Sąsiedztwo parku i rezerwatu jest bardzo dobrze urządzone. Park kończy się ogrodzeniem, zakazem spacerowania z psami oraz starannie urządzonymi, i ukrytymi w krzakach czatowniami. Drewniane domki są wyposażone w niewielkie okna i ławki dla podglądających przyrodę turystów. Zostawiłem rower na zewnątrz i posiedziałem chwilę w środku. Niestety bez teleobiektywu niewiele mogę pokazać, ale wszystko jeszcze przede mną ;)
Dla bardziej wygodnych i mniej wymagających są też miejsca do przyglądania się ptakom bezpośrednio ze ścieżki. No ale z drugiej strony jak się ma małe dzieci, to trudno przedzierać się przez krzaki do czatowni.
Oprócz ptaków, zwróciłem uwagę na ławki poświęcone pamięci kochanych osób. W Polsce stawiamy na cmentarzach nagrobki i imponujące pomniki, ale są one "używane" tylko raz w roku; pierwszego listopada. Anglicy upamiętniają swoich bliskich w bardziej pogodny i praktyczny sposób. W parkach i innych ogólnie dostępnych miejscach napotykam wiele ławek ufundowanych przez pamiętające rodziny.
Czasami forma jest bardziej wymyślna, może pan James miał życiową fantazję?
Nie zawsze taka ławka poświęcona jest pamięci zmarłych. Czasem jest to po prostu pomnik miłości i pogody życia.
Z łatwością umiałem sobie wyobrazić starszych państwa, którzy w słoneczną niedzielę przychodzą na swoją ławkę, popatrzeć na jezioro i ptaki.
Sąsiedztwo parku i rezerwatu jest bardzo dobrze urządzone. Park kończy się ogrodzeniem, zakazem spacerowania z psami oraz starannie urządzonymi, i ukrytymi w krzakach czatowniami. Drewniane domki są wyposażone w niewielkie okna i ławki dla podglądających przyrodę turystów. Zostawiłem rower na zewnątrz i posiedziałem chwilę w środku. Niestety bez teleobiektywu niewiele mogę pokazać, ale wszystko jeszcze przede mną ;)
Dla bardziej wygodnych i mniej wymagających są też miejsca do przyglądania się ptakom bezpośrednio ze ścieżki. No ale z drugiej strony jak się ma małe dzieci, to trudno przedzierać się przez krzaki do czatowni.
Oprócz ptaków, zwróciłem uwagę na ławki poświęcone pamięci kochanych osób. W Polsce stawiamy na cmentarzach nagrobki i imponujące pomniki, ale są one "używane" tylko raz w roku; pierwszego listopada. Anglicy upamiętniają swoich bliskich w bardziej pogodny i praktyczny sposób. W parkach i innych ogólnie dostępnych miejscach napotykam wiele ławek ufundowanych przez pamiętające rodziny.
Czasami forma jest bardziej wymyślna, może pan James miał życiową fantazję?
Nie zawsze taka ławka poświęcona jest pamięci zmarłych. Czasem jest to po prostu pomnik miłości i pogody życia.
Z łatwością umiałem sobie wyobrazić starszych państwa, którzy w słoneczną niedzielę przychodzą na swoją ławkę, popatrzeć na jezioro i ptaki.
sobota, 26 września 2015
Gdzie zawędrowałem tym razem?
Mija właśnie czwarty miesiąc mojej pracy w Zjednoczonym Królestwie. To już jedna trzecia roku, więc nachodza mnie refleksje i zastanawiam się gdzie tym razem zajechałem. Na pewno nie żałuję tej decyzji. Była ryzykowna, ale gdybym jej nie podjął, to bym sie chyba udusił. A tak to mogę powtórzyć za jednym z naszych polityków: "Chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zawsze".
Wyobrażałem sobie, że będzie tak:
a uwzgledniając całokształt, sprawy zawodowe i rodzinne, wychodzi jakoś tak:
... ale może oczekiwałem za dużo?
Uruchomilismy system w pierwszej fabryce i odbyło się to prawie bezboleśnie. Przynajmniej dla fabryki. Praca w zespole IT, który paroma osobami zapewnia wsparcie 7/24 on-site, ma swoje niedogodności, ale teraz już chyba wracamy do normalego trybu życia.
Pewnie i nastrój mi się poprawi ;)
Wyobrażałem sobie, że będzie tak:
a uwzgledniając całokształt, sprawy zawodowe i rodzinne, wychodzi jakoś tak:
... ale może oczekiwałem za dużo?
Uruchomilismy system w pierwszej fabryce i odbyło się to prawie bezboleśnie. Przynajmniej dla fabryki. Praca w zespole IT, który paroma osobami zapewnia wsparcie 7/24 on-site, ma swoje niedogodności, ale teraz już chyba wracamy do normalego trybu życia.
Pewnie i nastrój mi się poprawi ;)
niedziela, 13 września 2015
Już po urlopie
Pierwsze dni w pracy po urlopie są w pracy zawsze ciężkie. Zwłaszcza jeśli oznaczają nie tylko powrót do codzienności zawodowej ale i emigracynjej. Tydzień w domu upłynął mi bardzo szybko, na spotkaniach z z rodziną. Rodzice, dzieci, wnuki, i moja gorączkowa potrzeba zachowania tych chwil na poźniej;
Starałem się najeść emocjonalnie na zapas, ale to chyba nie jest możliwe. Może jednak lepiej w takich sytuacjach odkładać aparat na bok i bardziej żyć chwilą i w niej uczestniczyć. Aparat zawsze jednak trochę oddziela o wydarzeń i sprowadza mnie nieco do roli obserwatora.
Ale mając taaaki backstage ...
... to chyba się nie da nie fotografować.
A w moj "wielki świat", w czasie dojazdu do pracy, wyglada mniej więcej tak:
niedziela, 23 sierpnia 2015
Sprawdzian kondycji
Dzisiaj nie ma zdjęć, bo w ten weekend zamiast pstrykać, zrobiłem sobie sprawdzian kondycjny. Wyszło, że w tym sezonie mogę planować wycieczki do 75 km. Na upragnioną setkę przyjdzie mi najwyraźniej jeszcze popracować.
Pewnie gdybym jechał po asfalcie, to wynik byłby chyba trochę lepszy, ale po drogach gruntowych jeździ się i wolniej i ciężej.
Wygląda na to, że trzba było pożegnać się z zawodem konsultanta obwoźnego, żeby mieć czas na zadbanie o siebie i o swoją kondycję.
Coś się jednak udało zobaczyć, oprócz tych dwóch metrów przed przednim kołem ...
Dowiedzaiłem się, jak wygląda Fradley Junction. Miłe miejsce wycieczek rodzinnych, marina dla bouterów, i kolejny mini rezerwat przyrody. Aż szkoda, że tak szybko wymyslono kolej żelazną i epoka kanałów skończyła się za szybko.
Pewnie gdybym jechał po asfalcie, to wynik byłby chyba trochę lepszy, ale po drogach gruntowych jeździ się i wolniej i ciężej.
Wygląda na to, że trzba było pożegnać się z zawodem konsultanta obwoźnego, żeby mieć czas na zadbanie o siebie i o swoją kondycję.
Coś się jednak udało zobaczyć, oprócz tych dwóch metrów przed przednim kołem ...
Dowiedzaiłem się, jak wygląda Fradley Junction. Miłe miejsce wycieczek rodzinnych, marina dla bouterów, i kolejny mini rezerwat przyrody. Aż szkoda, że tak szybko wymyslono kolej żelazną i epoka kanałów skończyła się za szybko.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
