Tym razem wybrałem się na nieco mniej wymagającą górę. Obawiałem się, że całe to świąteczne obżarstwo i to stresujące zamieszanie nadszarpnęło nieco moją i tak już nie najlepszą kondycję. Lysa Hora musiała więc poczekać, a ja wybrałęm się na Skalkę Morawskoslezką. Jeden z radiowych kolegów powiedział, że jest to najbardziej wdzięczna góra do SOTA, gdyż jest położona najbardziej na północ i na wprost Bramy Morawskiej. Tak więc cała Wyżyna Śląska leżała u mych stóp.
Wybrałem wejście od strony miejscowości Ćeladna. Może i od południa szlak był by nieco krótszy, ale krótki oznacza stromy. I żółty szlak od wschodu to był niezły wybór.
Jak zawsze moja wycieczka zaczynała się od wyboru parkingu. W Ćeladnej jest mały ośrodek narciarski, z dwoma orczykami, więc i parking jest tam zacny. Już od głównej drogi trasa wiodła stromo pod górę, na tyle stromo, że zimą obowiązuje tu jazda w łańcuchach. Dla kogoś kto musi zdobyć wysokość, stromy podjazd samochodem to dobra wiadomość. Mniej zostaje na buty.
Na początki kwietnia śniegu zostało jedynie tyle ile narzuciły armatki śnieżne. Może wiosennej zieleni jeszcze nie było widać, ale sama wiosna już ewidentnie była. Słońce, +12 stopni, jednym słowem pogoda jak marzenie.
Może sama trasa narciarska nie jest zbyt duża, ale skoro jest położona 20 km of Frydka i 40 km od Ostrawy, to w zimie ruch tutaj musi być spory. Na lato zaś przygotowywany jest pumptrack, czyli tor przeszkód dla rowerzystów zjazdowych.
Przy dolnej stacji wyciągu jest bar przyozdobiony dzwonnicą i rzeźbami. Jeśli ktoś potrzebuje się posilić no to jest okazja, a kto nie chce, to i tak musi obejść go w koło, bo szlak turystyczny jest jakoś tak poprowadzony w koło niego, żeby przypadkiem go nie przegapić.
Moja trasa wiodła jednak w górę. Stromo w górę. Jak ktoś chce na dystansie 2 km zrobić prawie 500 m przewyższenia, to musi być stromo. Może dlatego góra nazywa się Skalka.
W końcu doszedłem na przełęcz i, jak pisał Jack London, poczułem zapach gorącej wody. Już było widać wierzchołek. Za każdym razem jest tak samo. Jak idę pod górę, to wlokę się niemiłosiernie i wiem tylko tyle, że mam iść dalej. Ale jak już cel pojawia się w zasięgu wzroku, to nagle zmęczenie jakoś paruje i chce się maszerować dziarskim krokiem.
W końcu doszedłem na szczyt. 964 m npm to niby niewiele, ale zawsze coś. A na szczycie ups. jest bar samoobsługowy. Na piwo nie było zbyt wielu chętnych, ale co to mówi o społeczeństwie! Komuś się opłaca wtaszczyć sporą partii puszek piwa i zostawić kartkę z numerem konta, na które należy przelać zapłatę za wypity towar. Większy zapas leżał obok, w gablotce ze szklanymi drzwiami. Czyż nie można już tylko za to lubić i szanować Czechów?
Pomimo uznania dla ludzkiej uczciwości skupiłem się jednak na podziwianiu widoków i łącznościach radiowych. Udało nawiązać 15 połączeń, wszystkie z mocą 2,5 W, to prawdziwe QRP. Wszystko dzięki antenie kolinearnej zaprojektowanej przez Andrzeja. Uznaję to za sukces.
W czasie pracy z radiem widziałem po drugiej stronie doliny Łysą Horę, cel mojej kolejnej wycieczki. Bardziej na południe (w prawo) był Smrk a na północy Ropice. Uczucie bliskie uniesienia. Po tych paru wycieczkach w Beskidzie Morawskośląskim zaczynam czuć się trochę jak u siebie.
Potem już tylko powrót w dół. Powiedzieć, że było stromo to nic nie powiedzieć. Całą wysokość musiałem wytracić na dystansie mniej niż dwóch kilometrów.
Na szczęście później już było bardziej po ludzku. Najpierw drogą, później odpoczynek we wiacie, gdzie wypiłem resztę herbaty i siedziałem sobie z godzinę, ciesząc się piękną pogodą. Zostało jeszcze około kilometra na parking, do samochodu i w drogę do Gliwic.
A w domu zostało wspominać i cieszyć się udanym dniem.
eof