środa, 4 listopada 2026

Zlot stowarzyszenia SOTA-SP 2026

    Jak co roku, zlot SOTA-SP odbył się w pierwszy weekend października. To takie jakby podsumowanie sezonu turystycznego. Oczywiście nie można tego uważać za zakończenie sezonu, bo przecież trzeba zbierać punkty bonusowe za wejścia zimowe, ale zawsze jest to jakiś moment na podsumowanie roku i spotkanie się z kolegami w realu. 

   Na zjazd wyjechałem już w piątek rano, planując po drodze aktywację szczytu Wielkiej Sowy, oczywiście w Górach Sowich. Trasa z Przełęczy Jugowskiej nie była zbyt wymagająca, więc spokojnie mogłem wejść na ten szczyt, wejść na wierzę widokową a później pojechać dalej. Są tacy, co twierdzą że słyszą przemiennik z Wielkiej Sowy nawet w Gliwicach, więc zależało mi na zaliczeniu tego szczytu.

Wielka Sowa

Wielka Sowa

Wielka Sowa

Wielka Sowa

   W sobotę wybrałem się na pobliski Strzeliniec Wielki, w Górach Stołowych. To było blisko naszego pensjonatu, ale był to drugi z trzech dni chodzenia po rząd, więc chciałem rozłożyć siły równomiernie. Tak, było tam bardzo tłoczno i wszystkie przestrogi się sprawdziły, ale ja już się nie wstydzę stać w tłumie i wołać przez radio. Ludzie stojący w kolejce do przejścia przez jakąś cieśnię patrzyli się na mnie tak jakoś dziwnie, ale mi to już nie przeszkadzało.

   A widoki ze Strzelińca są takie:
 
Strzeliniec

Strzeliniec

Strzeliniec

Strzeliniec 

   W niedzielę postanowiłem wracać jeszcze raz przez Przełęcz Jugowską i odwiedzić szczyt Kalenica. I ta trasa też wiodła głównie przez las, więc na jakieś spektakularne widoki nie było co liczyć. Zostało mi tylko podziwiać i zachwycać się kolorami jesieni.

Kalenica

Kalenica

Kalenica

Kalenica

   W drodze powrotnej do Gliwic zahaczyłem jeszcze o Górę Św. Anny. Nie to żebym uważał przejście z parkingu przy autostradzie do klasztoru na szczycie za wycieczkę górską ale brakowało mi jednego punktu. Wszystkie góry uwzględnione w programie SOTA dają parzystą ilość punktów, więc i cała punktacja jest parzysta. Z bardzo nielicznymi wyjątkami. W czasie wakacji odwiedziłem górę zamkową przy zamku w Ogrodzieńcu, no to przy okazji zwiedzania zamku zrobiłem jeszcze aktywację SOTA. Za Górę Janowskiego dostałem jeden punkt, więc suma moich punktów stała się nieparzysta. Strasznie mnie to uwierało, więc wizyta na Górze Św. Anny, za którą też jest jeden punkt, pozwoliła mi znowu stać się parzystym. 

Góra Św. Anny

   Bardzo udany weekend.

eof

niedziela, 1 listopada 2026

SOTA Grosser Picho i Czerniec

   Umyśliłem sobie, że koniecznie muszę zdobyć odznakę Mountain Explorer Bronze (Aktywator). Przyznawana jest ona za potwierdzoną aktywację co najmniej jednego szczytu w 5 różnych asocjacjach, czyli krajach. [1] Trzy kraje, tzn. Polskę, Czechy i Słowację mam jakby z automatu. Wystarczy chodzić po górach granicznych, lub przekroczyć granice o 30 kilometrów i jest się już u sąsiadów. Ale do kolejnych dwóch, należy pojechać specjalnie. Zacząłem więc od wycieczki do Niemiec. Skorzystałem więc z okazji i pojechałem z kolegą na wycieczkę do Budziszyna.  Sam Budziszyn jest już atrakcją turystyczną, a przede wszystkim w pobliżu są dwa punktowane szczyty SOTA; Grosser Picho oraz Czarneboh. Może to nie są zbyt wybitne szczyty, ale są niemieckie. 

   Do miasta dojechaliśmy wieczorem i po zakwaterowaniu na nocleg, ruszyliśmy na spacer po mieście. Stare miasto nie jest może bardzo rozległe, ale nawet po ciemku oferuje nieco ładnych widoków. Wystarczyło wejść w pierwszą uliczkę, na końcu której stała podświetlona wieża. A później tylko iść dalej. Pełnia księżyca i oświetlenie miasta dawało wystarczająco dużo światła do zrobienia paru zdjęć.

Budziszyn

Budziszyn

Budziszyn

Budziszyn

   Znaleźliśmy też kilka krasnali, podobnych do tych we Wrocławiu. Każdemu z nich towarzyszył link do szerszego opisu jego legendy. Co znamienne, nazwy figurek i ich nazwy nie były po niemiecku lecz po serbsku. Wszak byliśmy na Łużycach.

Budziszyn

Budziszyn

Budziszyn

Budziszyn

Budziszyn

   O ile pogoda w trakcie zwiedzania Budziszyna nie była najgorsza, to następnego dnia stała się wręcz okropna. Zimno, pomarańczowy alert o silnym wietrze i deszcz. Na szczęście na Grosser Picho dało się prawie wjechać samochodem. Zrobiłem łączności jedynie w paśmie dwóch metrów, starając się osłonić parasolem radio, ale to było nieskuteczne. Z tego powodu zdjęć z tej góry brak.

   Na Czorneboh trzeba było trochę podejść, a i deszcz przestał padać. Więc niby lepiej, ale dotarliśmy tam akurat w porze obiadowej, więc niemieccy korespondenci zawiedli na całej linii. Wołałem przez 15 minut i absolutnie nikt nie odpowiedział. Nie wiedziałem czy to zła pora dnia, czy moje zamoknięte radio lub antena odmówiły posłuszeństwa. Poddałem się i Czorneboh pozostało niezaliczone. A tak wyglądała ta lepsza pogoda.

Czorneboh

Czorneboh

Czorneboh

   W drodze powrotnej do domu zatrzymaliśmy się na nocleg we wsi Lasówka, na samym południu Kotliny Kłodzkiej. Do kolekcji Kotliny Kłodzkiej brakowało mi jeszcze szczytu Czerniec. Pogoda zaczęła się stopniowo poprawiać, więc do dzieła. Poprawiała się stopniowo.

Czerniec

                                                       Czerniec 

Czerniec

Czerniec

Czerniec

Czerniec

   Nie mogło być tak, kiedy byliśmy w NRD?

eof

SOTA Rachowiec i Kiczorki

   W tamtym tygodniu dojechałem aż na sam koniec Kotliny Żywieckiej. Tak wiem, że Kotlina Żywiecka ma kilka końców, np. Worek Raczański, ale to miejsce wokół Zwardonia też zasługuje na na miano jej końca. Samochód zostawiłem na parkingu koło cmentarza w Zwardoniu i ruszyłem pod górę. Później żałowałem, że nie podjechałem wyżej, aż do przełęczy pomiędzy małym i dużym Rachowcem. Tam nie ma formalnego parkingu zaznaczonego na mapie, ale miejsce zwyczajowo jest używane. 

   Jesień odważne stawiała już kroki, więc chętnie rozglądałem się za liści złotem i buków purpurą. Na początku podejścia trafiłem jednak jedynie na jarzębinę czerwoną. Prawdziwe złoto liści spotkałem dopiero pod koniec dnia, schodząc z Kiczorek, już przy nisko położonym słońcu. 

Rachowiec

Kiczorki

   W końcu wdrapałem się na szczyt. Nie był to ani długie podejście, ani duże przewyższenie. Ot spacer ze sapaniem. Na szczycie jest górna stacja wyciągu i ławeczka, ale ja potrzebowałem jakichś zarośli żeby było do czego przyczepić antenę, więc zszedłem nieco w bok. Miałem punkt radiowy z widokiem na Zwadroń i okolicę.

Rachowiec

Rachowiec

   Ponieważ szczyt okazał się mało wymagający, łączności na VHF poszły mi szybko, zszedłem do wsi, przestawiłem samochód i wszedłem jeszcze na Kiczorki Trojaki. Tu jednak nie było specjalnie co fotografować, ponieważ i cała droga i sam szczyt są w lesie. Na Kiczorkach VHF, tzn. pasmo 2 m było jakoś słabo odbierane przez korespondentów. Zmusiło mnie to to rozpięcia anteny KF i wyciągnięcie radia na 20 i 40 metrów. Wymaganą ilość połączeń zrobiłem dość szybko i mogłem spokojnie wrócić do samochodu.

Kiczorki

   Wieczorne słońce podkreślało cienie. Widok na sąsiednie zbocze pokazywał mi ile jeszcze muszę schodzić na dno doliny, a satysfakcja z wycieczki tuszowała zmęczenie. To był mój pierwszy raz, kiedy jednego dnia zaliczyłem dwie aktywacje sąsiednich szczytów, bez noclegu.

eof

wtorek, 13 października 2026

Zamość

   Moja wizyta w Zamościu była przy okazji, trochę jak to bywało za dawnych lat, kiedy to jeździłem służbowo po całej Polsce i "przy okazji" starałem się jeszcze coś zobaczyć. To jest dość daleko, i zapewne specjalnie bym się tam nie wybrał, ale skoro i tak jechałem w tamte strony, to nadłożyłem jeszcze trochę i obejrzałem w końcu ten sławny Zamość. 

   Zamość to ładne i zadbane miasto. Przyjechałem akurat na początku jesieni i zaparkowałem w pobliżu zadbanego parku miejskiego. 

Zamość
 

Zamość

   Zwiedzanie miasta to przede wszystkim rynek i starówka w obrębie murów. Początkowo trafiłem na krasnala, prawie takiego jak we Wrocławiu i pamiątkę po morskich tradycjach Zamościa, ale zaraz potem byłem już tam gdzie należało.

Zamość
 
Zamość

Zamość

Zamość

   Zamość był twierdzą i na szczęście dla turystów mury obronne i fortyfikacje pozostały do dzisiaj. Wewnątrz fortyfikacji znajduje się stare miasto i dokładnie wiadomo jak daleko należy chodzić i zwiedzać. Mury zatrzymały Szwedów na zewnątrz, a turystów za to trzymają wewnątrz.

Zamość

Zamość

Zamość

   A od strony miasta zawsze można wykorzystać dawny fort na kawiarnię.

Zamość

   Kolejną atrakcją tego miasta są kamieniczki i podwórka ormiańskie. Dlaczego hetman Zamojski sprowadził sobie kupców i rzemieślników aż z Armenii? Może dlatego wybrał sobie taką społeczność, żeby na pewno czuła się tu wyobcowana i nie spiskowała przeciwko swojemu panu. Pozostały po nich domy i podwórka jako żywo wyjęte z ilustracji książek dla dzieci, które pamiętam ze swojego własnego dzieciństwa. Schody na zewnątrz, drewniane balkony i okna tak blisko siebie, że można rozmawiać z sąsiadami.
 
Zamość

Zamość

Zamość

   Obecnie są to ładne zaułki, ale pewnie w siedemnastym wieku były to magazyny i warsztaty, więc na urok i przytulność nie było wtedy co liczyć. Mnie zaskoczyło jednak to, że wiele domów jest porośniętych bluszczem. Nikt tu się nie boi ani myszy ani wilgoci.

Zamość

Zamość

Po dwóch godzinach nieco chaotycznego wałęsania się po starówce przyszła pora na pilny powrót do Świdnika. Pomimo, że czułem jeszcze spory niedosyt tego miejsca, słoneczna pogoda zdawała się kończyć i dzięki temu jakoś mniej było szkoda się pozbierać. Jeszcze ostatni rzut oka na ratusz, rynek ze schodów ratusza i znowu do samochodu.  

Zamość

Zamość

I tak to miasto zapamiętam sobie.

eof