Jak co roku, zlot SOTA-SP odbył się w pierwszy weekend października. To takie jakby podsumowanie sezonu turystycznego. Oczywiście nie można tego uważać za zakończenie sezonu, bo przecież trzeba zbierać punkty bonusowe za wejścia zimowe, ale zawsze jest to jakiś moment na podsumowanie roku i spotkanie się z kolegami w realu.
Na zjazd wyjechałem już w piątek rano, planując po drodze aktywację szczytu Wielkiej Sowy, oczywiście w Górach Sowich. Trasa z Przełęczy Jugowskiej nie była zbyt wymagająca, więc spokojnie mogłem wejść na ten szczyt, wejść na wierzę widokową a później pojechać dalej. Są tacy, co twierdzą że słyszą przemiennik z Wielkiej Sowy nawet w Gliwicach, więc zależało mi na zaliczeniu tego szczytu.
W sobotę wybrałem się na pobliski Strzeliniec Wielki, w Górach Stołowych. To było blisko naszego pensjonatu, ale był to drugi z trzech dni chodzenia po rząd, więc chciałem rozłożyć siły równomiernie. Tak, było tam bardzo tłoczno i wszystkie przestrogi się sprawdziły, ale ja już się nie wstydzę stać w tłumie i wołać przez radio. Ludzie stojący w kolejce do przejścia przez jakąś cieśnię patrzyli się na mnie tak jakoś dziwnie, ale mi to już nie przeszkadzało.












