W tamtym tygodniu dojechałem aż na sam koniec Kotliny Żywieckiej. Tak wiem, że Kotlina Żywiecka ma kilka końców, np. Worek Raczański, ale to miejsce wokół Zwardonia też zasługuje na na miano jej końca. Samochód zostawiłem na parkingu koło cmentarza w Zwardoniu i ruszyłem pod górę. Później żałowałem, że nie podjechałem wyżej, aż do przełęczy pomiędzy małym i dużym Rachowcem. Tam nie ma formalnego parkingu zaznaczonego na mapie, ale miejsce zwyczajowo jest używane.
Jesień odważne stawiała już kroki, więc chętnie rozglądałem się za liści złotem i buków purpurą. Na początku podejścia trafiłem jednak jedynie na jarzębinę czerwoną. Prawdziwe złoto liści spotkałem dopiero pod koniec dnia, schodząc z Kiczorek, już przy nisko położonym słońcu.
W końcu wdrapałem się na szczyt. Nie był to ani długie podejście, ani duże przewyższenie. Ot spacer ze sapaniem. Na szczycie jest górna stacja wyciągu i ławeczka, ale ja potrzebowałem jakichś zarośli żeby było do czego przyczepić antenę, więc zszedłem nieco w bok. Miałem punkt radiowy z widokiem na Zwadroń i okolicę.
Ponieważ szczyt okazał się mało wymagający, łączności na VHF poszły mi szybko, zszedłem do wsi, przestawiłem samochód i wszedłem jeszcze na Kiczorki Trojaki. Tu jednak nie było specjalnie co fotografować, ponieważ i cała droga i sam szczyt są w lesie. Na Kiczorkach VHF, tzn. pasmo 2 m było jakoś słabo odbierane przez korespondentów. Zmusiło mnie to to rozpięcia anteny KF i wyciągnięcie radia na 20 i 40 metrów. Wymaganą ilość połączeń zrobiłem dość szybko i mogłem spokojnie wrócić do samochodu.
Wieczorne słońce podkreślało cienie. Widok na sąsiednie zbocze pokazywał mi ile jeszcze muszę schodzić na dno doliny, a satysfakcja z wycieczki tuszowała zmęczenie. To był mój pierwszy raz, kiedy jednego dnia zaliczyłem dwie aktywacje sąsiednich szczytów, bez noclegu.
eof