niedziela, 1 listopada 2026

SOTA Grosser Picho i Czerniec

   Umyśliłem sobie, że koniecznie muszę zdobyć odznakę Mountain Explorer Bronze (Aktywator). Przyznawana jest ona za potwierdzoną aktywację co najmniej jednego szczytu w 5 różnych asocjacjach, czyli krajach. [1] Trzy kraje, tzn. Polskę, Czechy i Słowację mam jakby z automatu. Wystarczy chodzić po górach granicznych, lub przekroczyć granice o 30 kilometrów i jest się już u sąsiadów. Ale do kolejnych dwóch, należy pojechać specjalnie. Zacząłem więc od wycieczki do Niemiec. Skorzystałem więc z okazji i pojechałem z kolegą na wycieczkę do Budziszyna.  Sam Budziszyn jest już atrakcją turystyczną, a przede wszystkim w pobliżu są dwa punktowane szczyty SOTA; Grosser Picho oraz Czarneboh. Może to nie są zbyt wybitne szczyty, ale są niemieckie. 

   Do miasta dojechaliśmy wieczorem i po zakwaterowaniu na nocleg, ruszyliśmy na spacer po mieście. Stare miasto nie jest może bardzo rozległe, ale nawet po ciemku oferuje nieco ładnych widoków. Wystarczyło wejść w pierwszą uliczkę, na końcu której stała podświetlona wieża. A później tylko iść dalej. Pełnia księżyca i oświetlenie miasta dawało wystarczająco dużo światła do zrobienia paru zdjęć.

Budziszyn

Budziszyn

Budziszyn

Budziszyn

   Znaleźliśmy też kilka krasnali, podobnych do tych we Wrocławiu. Każdemu z nich towarzyszył link do szerszego opisu jego legendy. Co znamienne, nazwy figurek i ich nazwy nie były po niemiecku lecz po serbsku. Wszak byliśmy na Łużycach.

Budziszyn

Budziszyn

Budziszyn

Budziszyn

Budziszyn

   O ile pogoda w trakcie zwiedzania Budziszyna nie była najgorsza, to następnego dnia stała się wręcz okropna. Zimno, pomarańczowy alert o silnym wietrze i deszcz. Na szczęście na Grosser Picho dało się prawie wjechać samochodem. Zrobiłem łączności jedynie w paśmie dwóch metrów, starając się osłonić parasolem radio, ale to było nieskuteczne. Z tego powodu zdjęć z tej góry brak.

   Na Czorneboh trzeba było trochę podejść, a i deszcz przestał padać. Więc niby lepiej, ale dotarliśmy tam akurat w porze obiadowej, więc niemieccy korespondenci zawiedli na całej linii. Wołałem przez 15 minut i absolutnie nikt nie odpowiedział. Nie wiedziałem czy to zła pora dnia, czy moje zamoknięte radio lub antena odmówiły posłuszeństwa. Poddałem się i Czorneboh pozostało niezaliczone. A tak wyglądała ta lepsza pogoda.

Czorneboh

Czorneboh

Czorneboh

   W drodze powrotnej do domu zatrzymaliśmy się na nocleg we wsi Lasówka, na samym południu Kotliny Kłodzkiej. Do kolekcji Kotliny Kłodzkiej brakowało mi jeszcze szczytu Czerniec. Pogoda zaczęła się stopniowo poprawiać, więc do dzieła. Poprawiała się stopniowo.

Czerniec

                                                       Czerniec 

Czerniec

Czerniec

Czerniec

Czerniec

   Nie mogło być tak, kiedy byliśmy w NRD?

eof

SOTA Rachowiec i Kiczorki

   W tamtym tygodniu dojechałem aż na sam koniec Kotliny Żywieckiej. Tak wiem, że Kotlina Żywiecka ma kilka końców, np. Worek Raczański, ale to miejsce wokół Zwardonia też zasługuje na na miano jej końca. Samochód zostawiłem na parkingu koło cmentarza w Zwardoniu i ruszyłem pod górę. Później żałowałem, że nie podjechałem wyżej, aż do przełęczy pomiędzy małym i dużym Rachowcem. Tam nie ma formalnego parkingu zaznaczonego na mapie, ale miejsce zwyczajowo jest używane. 

   Jesień odważne stawiała już kroki, więc chętnie rozglądałem się za liści złotem i buków purpurą. Na początku podejścia trafiłem jednak jedynie na jarzębinę czerwoną. Prawdziwe złoto liści spotkałem dopiero pod koniec dnia, schodząc z Kiczorek, już przy nisko położonym słońcu. 

Rachowiec

Kiczorki

   W końcu wdrapałem się na szczyt. Nie był to ani długie podejście, ani duże przewyższenie. Ot spacer ze sapaniem. Na szczycie jest górna stacja wyciągu i ławeczka, ale ja potrzebowałem jakichś zarośli żeby było do czego przyczepić antenę, więc zszedłem nieco w bok. Miałem punkt radiowy z widokiem na Zwadroń i okolicę.

Rachowiec

Rachowiec

   Ponieważ szczyt okazał się mało wymagający, łączności na VHF poszły mi szybko, zszedłem do wsi, przestawiłem samochód i wszedłem jeszcze na Kiczorki Trojaki. Tu jednak nie było specjalnie co fotografować, ponieważ i cała droga i sam szczyt są w lesie. Na Kiczorkach VHF, tzn. pasmo 2 m było jakoś słabo odbierane przez korespondentów. Zmusiło mnie to to rozpięcia anteny KF i wyciągnięcie radia na 20 i 40 metrów. Wymaganą ilość połączeń zrobiłem dość szybko i mogłem spokojnie wrócić do samochodu.

Kiczorki

   Wieczorne słońce podkreślało cienie. Widok na sąsiednie zbocze pokazywał mi ile jeszcze muszę schodzić na dno doliny, a satysfakcja z wycieczki tuszowała zmęczenie. To był mój pierwszy raz, kiedy jednego dnia zaliczyłem dwie aktywacje sąsiednich szczytów, bez noclegu.

eof