niedziela, 15 lutego 2026

SOTA Prićny Vrch

Zima teraz jakaś taka łaciata, czyli łaskawa dla turysty, który nie jeździ na nartach i nie lubi brodzić w śniegu. Wybrałem się więc na kolejną wycieczkę. Byłem już na najwyższym polskim szczycie Gór Opawskich, na Biskupiej Kopie, a teraz wybrałem się na najwyższy szczyt czeski, Prićny Vrch (OK/MO-015). Jak zwykle za punkt startowy wybrałem jak najwyżej położony, publiczny parking i tym razem było to przy kościele Św. Marii Pomocnej. Chodząc po Prićnym Vrchu trzeba uważać, ponieważ jest tu również kościół Św, Anny i łatwo ze szczytu wrócić nie do tego kościoła. A Św. Anna jest po drugiej stronie góry.  

Prićny Vrch 

Pogoda tego dnia była raczej ponura, ale na szczęście w chmurach pojawiały się dziury. Jedna z nich skusiła mnie do zejścia ze szlaku i odbicia leśnym duktem na wschodnią stronę zbocza. Z wielką frajdą patrzyłem stamtąd na odwiedzoną dwa tygodnie wcześniej Biskupią Kopę. Może słabo to widać, ale na szczycie góry da się wypatrzeć biały pipek. To wieża widokowa pokazana w jednym z poprzednich wpisów. 

Prićny Vrch

Człapu człap i w końcu doszedłem na sam szczyt. Znalezienie kulminacji tej góry nie jest takie proste, ponieważ jest ona raczej płaska i rozległa, jak na Melmak. Trzeba przejść kilometr po płaskim, co chwilę sprawdzając swoje położenie na mapie w telefonie, by się zorientować, że to jeszcze nie teraz. Ale w końcu doszedłem i zaraz zawróciłem. Większość atrakcji tego miejsca jest jednak położona na południowym stoku.

Prićny Vrch

Jednak zanim zacząłem zwiedzanie, należało wykonać zadanie radiowe. Sam grzebień góry jest porośnięty lasem, więc by zyskać jakąś ekspozycję na północ musiałem zejść z drogi, wejść w las i rozbić obóz na skraju młodnika. Stąd moja wędka pozwoliła mi na wystawienie anteny ponad gałęzie i nawiązanie łączności. Korespondenci byli głównie z Wrocławia, czemu nie należy się dziwić, ale byli też koledzy z Wyżyny Górnośląskiej. Czesi zwykle nie odpowiadają na moje wywołania po polsku, więc dodatkowo ucieszyłem się z odpowiedzi jednego kolegi, który jest czeskim polonusem.

Prićny Vrch

A po zrobieniu części radiowej przeszedłem się grzbietem góry na południe. Mamy tu trzy rodzaje atrakcji. Pozostałości po kopalniach złota mają postać głębokich dołów, wymurowaną w osiemnastym wieku platformę widokową oraz Taborskie Skały. Doszedłem tylko do platformy widokowej i dołów po sztolniach i szybach kopalni. Pomimo niebieskiego nieba na północy, od południa nadciągały ciemne, ciężkie chmury, z których mocno padało. Zakończyłem więc zwiedzanie i pośpiesznie zacząłem powrót w dół.

Prićny Vrch

Prićny Vrch

Pamiętaj tylko, żeby kierować się do Św. Marii, a nie do Św. Anny.

Zlate Hory są warte ponownego odwiedzenia w lecie, i to na więcej niż jeden dzień. 

eof


piątek, 6 lutego 2026

SOTA Konićek

Tym razem wybrałem się na wycieczkę na czeski szczyt Konićek (OK/OL-022). To niezbyt wymagająca trasa, ale czeskie stowarzyszenie SOTA jest chojne i przyznaje za aktywację tej góry całe sześć punktów. Dodatkowo są trzy punkty za wejście zimowe. I choć jest środek zimy, a ja bałem się trochę tych zimowych warunków, pojechałem a wyjazd okazał się bardzo udany.

Już na parkingu przywitał mnie nierealny widok. Takiej zimy nie widziałem na żywo od ... sam nie wiem kiedy. Pogoda była idealna; do wczoraj wiał mocny wiatr z południowego wschodu, musiała być mgła, która tworzyła szadź i niewielkie opady śniegu. Tak jakby specjalnie na mój przyjazd przyroda przygotowała taką dekoracje, a w momencie rozpoczęcia spektaklu, było już bezwietrznie i idealnie cicho.

Konićek

Z parkingu na końcu publicznej drogi szedłem jeszcze z półtora kilometra ulicą pomiędzy domami. Nie wiem czy pod śniegiem był asfalt, ale i tak jak na górska wycieczkę szło się luksusowo. Drzewa pokryte grubą warstwą szadzi tworzyły nierealny widok.

Konićek

Konićek

Później nie było wcale trudniej. Trochę podejść, ale to w górach jest oczywiste. Prawie do samego szczytu szedłem jednak leśną drogą przez nierealny krajobraz.

Konićek


Konićek

Konićek

Konićek

Krótko przed szczytem trzeba było zejść z drogi na mało widoczną w śniegu ścieżkę i trochę przez krzaki podejść na sam szczyt. Tu przydało się ciągle sprawdzanie mojego położenia na mapie w telefonie. Bez tego ciężko by było utrzymać się na trasie. 

Sam szcyt Konićek jest raczej płaski i porośnięty gęstym lasem, więc na widoki nie ma co tam liczyć.

Konićek

Wróciłem więc nieco w dół, na skraj poręby, tam rozstawiłem antenę i nawiązałem osiem łączności. Zwykle jest ich kilkanaście, więc radiowo byłem nieco rozczarowany, ale turystycznie pozostałem w pełnym zachwycie. Nie wiem czy i kiedy uda mi się jeszcze raz trafić na taka pogodę.

eof